codzienność one year after
nigdy wcześniej nie widziałam rocznie tylu żółtych liści, co w tym roku, choć może widziałam je też wcześniej, ale było to mniej więcej dwadzieścia lat temu, może siedemnaście, gdy dni spędzałam na oglądaniu świata, a mama dbała o to, żebym w miarę ówczesnych możliwości poznała go jak najwięcej, więc pamiętam spacery ulicą zbaraską i ulicą łęczycką, morze żółtych liści i kasztanów pod nogami. dziś znów zatapiałam się w szeleszczące żółte chodnikowe rzeki, a obok mnie dreptało małe, białe, włochate zwierzę, sprawca tego całego zamieszania, ze mną od roku, zawsze przy prawej bądź lewej nodze, i chociaż pokłóciliśmy się wczoraj, bo zwierzę wydoroślało na tyle, żeby spróbować strącić mnie z pozycji w stadzie, i pełne złości ugryzło w nos, dzisiaj znowu szliśmy ramię w ramię, łapę w łapę, i szurałam wśród liści, myśląc sobie, że spaceruję w kolorze żółtym już od miesiąca, a przecież byłam przekonana, że liście zaczynają gnić i znikać dużo wcześniej. ale przecież, skąd może wiedzieć coś o tym człowiek taki jak ja, zawsze między budynkami.
i tak, od myśli do myśli, od roku codziennie spaceruję, ewentualnie - prawie codziennie, co prawda, nigdy rano, tylko czasem wieczorem, zazwyczaj około południa, śliczne i słoneczne bezrobocie pozwala na to, i wszystko byłoby inaczej, gdyby nie ta codzienność, która zaczęła się rok temu, a która wprowadziła mi do codzienności większą niż dawniej uważność, uważność na potrzeby czterech nóg i niemego ciała, bezpodstawnie ufnego, bez powodu pogodnego. zrozumienie, że on nie rozpamiętuje, że nie obraża się, że nie prycha.
pokłóciliśmy się wczoraj i to ja jestem tą, która przytula się z dystansem, jakby zimniej, chociaż przedwczoraj całe jego białe ciałko przyciskałam do siebie gorąco, i widzę w jego zimnym nosie zdziwienie, ten nos nie wywącha narzuconych mu przyczyn i skutków, tak bezmyślnie ludzkich. tak samo jak przedwczoraj skacze i leży, i oddycha, i nie rozumie zmian na gorsze. ja idę obok niego wśród liści i znów powinniśmy być rodziną, a jeśli jesteśmy nią trochę mniej, to jest to moja wina, ponieważ to ja z nas dwojga posiadłam umiejętność chowania urazy, i nie umiem jej z siebie wyszorować, jakby codzienność wcześniejszych dwudziestu trzech lat życia mówiła mi: mścij się, niech pamiętają. dzisiejsza codzienność jest dla mnie łagodna, i ja się tej codzienności mam zamiar słuchać, zwłaszcza gdy mówi - nie odbieraj miłości karząc za coś, za co nikomu nie należy się kara, a na pewno nie najsurowsza, najzimniejsza, najboleśniejsza.
codzienność tego roku dawała mi w prezencie miękki, ciepły jęzor, ścierający moje łzy, w komplecie z miękkim, spokojnym oddechem. codziennie bliskość i nagle śmiech, śmiech na ulicy, rozmowy na ulicy, zakochałeś się, mały, ale spójrz, ona nie jest dla ciebie, taka wielka, śmiech w pustym domu, w domu z tylko jednym człowiekiem śmiech na cały głos, i ciągłe przytulanie, ramiona rozluźniające się w kierunku wyciągania, przyzwyczajające się do wyciągania siebie, i ciepły oddech w uchu, ktoś przytula mi się do włosów.
nieważne 'jak mocno', ważne 'jak często'. codziennie.
i tak, od myśli do myśli, od roku codziennie spaceruję, ewentualnie - prawie codziennie, co prawda, nigdy rano, tylko czasem wieczorem, zazwyczaj około południa, śliczne i słoneczne bezrobocie pozwala na to, i wszystko byłoby inaczej, gdyby nie ta codzienność, która zaczęła się rok temu, a która wprowadziła mi do codzienności większą niż dawniej uważność, uważność na potrzeby czterech nóg i niemego ciała, bezpodstawnie ufnego, bez powodu pogodnego. zrozumienie, że on nie rozpamiętuje, że nie obraża się, że nie prycha.
pokłóciliśmy się wczoraj i to ja jestem tą, która przytula się z dystansem, jakby zimniej, chociaż przedwczoraj całe jego białe ciałko przyciskałam do siebie gorąco, i widzę w jego zimnym nosie zdziwienie, ten nos nie wywącha narzuconych mu przyczyn i skutków, tak bezmyślnie ludzkich. tak samo jak przedwczoraj skacze i leży, i oddycha, i nie rozumie zmian na gorsze. ja idę obok niego wśród liści i znów powinniśmy być rodziną, a jeśli jesteśmy nią trochę mniej, to jest to moja wina, ponieważ to ja z nas dwojga posiadłam umiejętność chowania urazy, i nie umiem jej z siebie wyszorować, jakby codzienność wcześniejszych dwudziestu trzech lat życia mówiła mi: mścij się, niech pamiętają. dzisiejsza codzienność jest dla mnie łagodna, i ja się tej codzienności mam zamiar słuchać, zwłaszcza gdy mówi - nie odbieraj miłości karząc za coś, za co nikomu nie należy się kara, a na pewno nie najsurowsza, najzimniejsza, najboleśniejsza.
codzienność tego roku dawała mi w prezencie miękki, ciepły jęzor, ścierający moje łzy, w komplecie z miękkim, spokojnym oddechem. codziennie bliskość i nagle śmiech, śmiech na ulicy, rozmowy na ulicy, zakochałeś się, mały, ale spójrz, ona nie jest dla ciebie, taka wielka, śmiech w pustym domu, w domu z tylko jednym człowiekiem śmiech na cały głos, i ciągłe przytulanie, ramiona rozluźniające się w kierunku wyciągania, przyzwyczajające się do wyciągania siebie, i ciepły oddech w uchu, ktoś przytula mi się do włosów.
nieważne 'jak mocno', ważne 'jak często'. codziennie.
0 Comments:
Prześlij komentarz
<< Home