ja nie wrocilam, mnie wrocono
chociaz przeciez powtarzasz mi, ze ty wracasz zawsze...
ciekawe jednak, tak jest, zostac wroconym. jeszcze bardziej ciekawi mnie to, z jaka latwoscia przyszlo nam wyjechac. wszystko bylo proste i jasne. bez zbednych dywagacji. destynacje wybrane, bo sie chcialo tam, a nie nigdzie indziej. z powodu kontekstow, bynajmniej nie ekonomicznych. bilety kupione, slowniki zapakowane, jedna walizka, torba, plecak. lista rzeczy do zrobienia wypelniona jasnymi komunikatami: znalezc mieszkanie, zapisac sie na zajecia, isc na ten koncert i do tego muzeum.
takie proste.
nie bylo rozterek, czy sie chce czy sie moze nie chce. strachow i przewidywan. czytania o kursie waluty i uwzgledniania kontekstu ekonomicznego. nie sluchalo sie wywodow o polityce i statystykach zatrudnienia: "po co studiowac w hiszpanii? tam maja teraz 25proc bezrobocia...". komentarze o odleglosciach tych fizycznych oraz tych mentalnych zbywalo sie serdecznym usmiechem. przeciez tam nie moze byc tu. raz podjetej decyzji nie odmienialo sie przez wszystkie przypadki [te mozliwe i te mniej] oraz zakladki z nieskonczona iloscia i tak zupelnie zbednych informacji.
kupic bilety, spakowac sie do walizki, plecaka i torby, nie spoznic sie na samolot/wyjechac o swicie, znalezc mieszkanie, rozpakowac sie.
a tyle rzeczy wydarzylo sie w miedzyczasie. zlamane serca sie zrosly i znow rozsypaly, stracone kontakty nie zawsze udalo sie znow zawiazac, raz zobaczone nie zostalo odzobaczone ani nawet odrobine zapomniane. byly wzloty i upadki. porazki na wlasne zyczenie oraz te z przypadku. traktowano nas delikatnie oraz zupelnie bez pardonu. pokazano nam jak bardzo mozemy byc cool oraz jak wciaz jestesmy lame. przyjeto tu i zostawiono tam. skala doznan i mozliwosci wydluzyla sie przynajmniej stokrotnie, lokujac nas daleko od bieli i czerni, gdzies w bardzo szarym pośrodku. nauczono pokory, nauczono utraty swiadomosci, nauczono zycia na granicy ale tez kurczowego-trzymania-sie. zostalymy wielokrotnie zimieslowione, wrocone, nauczone, traktowane, zlamane, stracone i odzyskane, zaskoczone, pominiete, postawione, ...
tyle rzeczy... tymczasem niemal w cwiercwiecze swojej egzystencji dowiedzialysmy sie z eliza, ze ja nie potrafie oddychac, a ona chodzic. obie te czynnosci nie sprawialy nam zupelnie klopotu jako czterolatkom. majac lat 21 potrafilam wyjechac bez ogladania sie za siebie i na innych. majac lat 9 potrafilam czytac w skupieniu i bez przerw. majac lat 15scie zakochalam sie na zaboj i nie mialam zadnych rozterek dotyczacych mozliwej przyszlosci tego zwiazku.
wiec tak jak to widze teraz, wiele z tych rzeczy, ktore sie wydarzyly, naroslo na mnie jak na samoroscie. ograniczylo mozliwa aktywnosc. zakulo w gorset poloddechu, uniemozliwilo stąpanie na pelnej stopie. stalam sie ostrozna, zeby nie obic sobie zadnej z wielu narosli. odpowiedzialna za nie wszystkie zaczelam planowac, kalkulowac, rozwazac. zaufalam logice, uleglam rozsadkowi, omijam plycizny, zatoki, trzymam sie z dala od brzegu, plyne sobie wartko glownym nurtem, zycie na brzegu obserwujac z bezpiecznego dystansu.
a przeciez i tak beda wzloty i upadki, bede traktowana delikatnie albo bez pardonu, nie mozna odzobaczyc ani uniknac porazek [tych ze swojej winy i tych z przypadku], a serce w koncu sie zrosnie i znow rozsypie. zostane nie raz jeszcze zimieslowiona, a przeciez wystarczy wybrac destynacje, ustalic jasny plan dzialania, wybrac koncert i muzeum. oddorosnać.
ciekawe jednak, tak jest, zostac wroconym. jeszcze bardziej ciekawi mnie to, z jaka latwoscia przyszlo nam wyjechac. wszystko bylo proste i jasne. bez zbednych dywagacji. destynacje wybrane, bo sie chcialo tam, a nie nigdzie indziej. z powodu kontekstow, bynajmniej nie ekonomicznych. bilety kupione, slowniki zapakowane, jedna walizka, torba, plecak. lista rzeczy do zrobienia wypelniona jasnymi komunikatami: znalezc mieszkanie, zapisac sie na zajecia, isc na ten koncert i do tego muzeum.
takie proste.
nie bylo rozterek, czy sie chce czy sie moze nie chce. strachow i przewidywan. czytania o kursie waluty i uwzgledniania kontekstu ekonomicznego. nie sluchalo sie wywodow o polityce i statystykach zatrudnienia: "po co studiowac w hiszpanii? tam maja teraz 25proc bezrobocia...". komentarze o odleglosciach tych fizycznych oraz tych mentalnych zbywalo sie serdecznym usmiechem. przeciez tam nie moze byc tu. raz podjetej decyzji nie odmienialo sie przez wszystkie przypadki [te mozliwe i te mniej] oraz zakladki z nieskonczona iloscia i tak zupelnie zbednych informacji.
kupic bilety, spakowac sie do walizki, plecaka i torby, nie spoznic sie na samolot/wyjechac o swicie, znalezc mieszkanie, rozpakowac sie.
a tyle rzeczy wydarzylo sie w miedzyczasie. zlamane serca sie zrosly i znow rozsypaly, stracone kontakty nie zawsze udalo sie znow zawiazac, raz zobaczone nie zostalo odzobaczone ani nawet odrobine zapomniane. byly wzloty i upadki. porazki na wlasne zyczenie oraz te z przypadku. traktowano nas delikatnie oraz zupelnie bez pardonu. pokazano nam jak bardzo mozemy byc cool oraz jak wciaz jestesmy lame. przyjeto tu i zostawiono tam. skala doznan i mozliwosci wydluzyla sie przynajmniej stokrotnie, lokujac nas daleko od bieli i czerni, gdzies w bardzo szarym pośrodku. nauczono pokory, nauczono utraty swiadomosci, nauczono zycia na granicy ale tez kurczowego-trzymania-sie. zostalymy wielokrotnie zimieslowione, wrocone, nauczone, traktowane, zlamane, stracone i odzyskane, zaskoczone, pominiete, postawione, ...
tyle rzeczy... tymczasem niemal w cwiercwiecze swojej egzystencji dowiedzialysmy sie z eliza, ze ja nie potrafie oddychac, a ona chodzic. obie te czynnosci nie sprawialy nam zupelnie klopotu jako czterolatkom. majac lat 21 potrafilam wyjechac bez ogladania sie za siebie i na innych. majac lat 9 potrafilam czytac w skupieniu i bez przerw. majac lat 15scie zakochalam sie na zaboj i nie mialam zadnych rozterek dotyczacych mozliwej przyszlosci tego zwiazku.
wiec tak jak to widze teraz, wiele z tych rzeczy, ktore sie wydarzyly, naroslo na mnie jak na samoroscie. ograniczylo mozliwa aktywnosc. zakulo w gorset poloddechu, uniemozliwilo stąpanie na pelnej stopie. stalam sie ostrozna, zeby nie obic sobie zadnej z wielu narosli. odpowiedzialna za nie wszystkie zaczelam planowac, kalkulowac, rozwazac. zaufalam logice, uleglam rozsadkowi, omijam plycizny, zatoki, trzymam sie z dala od brzegu, plyne sobie wartko glownym nurtem, zycie na brzegu obserwujac z bezpiecznego dystansu.
a przeciez i tak beda wzloty i upadki, bede traktowana delikatnie albo bez pardonu, nie mozna odzobaczyc ani uniknac porazek [tych ze swojej winy i tych z przypadku], a serce w koncu sie zrosnie i znow rozsypie. zostane nie raz jeszcze zimieslowiona, a przeciez wystarczy wybrac destynacje, ustalic jasny plan dzialania, wybrac koncert i muzeum. oddorosnać.
0 Comments:
Prześlij komentarz
<< Home