me and the devil
to był rok bezczelnie do przodu,
i myślę - że tak, przekroczyłam ten próg bezczelności, trochę we łzach i histerycznie, ale szłam dalej do przodu, więc - czy bezczelnie? bezczelnie oznacza - na przekór. a jesli na przekór, to komu? komu mam codziennie udowadniać, że moje 'do przodu' ma swoją wartość? że wybroniwszy się histerycznie, mam do tego wszystkiego teraz prawo, w dalszym ciągu do beztroski, do używania, że myśląc-mówiąc-czując brak troski, jestem sama dla siebie swoim do tego prawem?
znam odpowiedzi, ale znam je w pewien sposób na pamięć. nie zrewidowałam tej pamięci, nie przebudowałam jej na własną rękę. to prawidłowe odpowiedzi, ale chciałabym się jeszcze kiedyś do nich dogrzebać od samego źródła, od samego środka, spod wszystkich warstw, od tego miejsca, gdzie leżę ja i nikomu się nie tłumaczę, nawet sobie, tylko jestem, ponieważ to tam jest cała ta energia, o której piszą i opowiadają ci, którzy już się przegrzebali. tam jestem ja, ze swoją energią, i chcę zdzierać po kolei każdą zaskorupiałą warstwę - kilka już mi się udało namierzyć - żeby tylko dostać się do tego, czasem już ją czuję, i nie ma w tym nic z ezoterycznego bełkotu ani głębokiego oświecenia. namierzyłam korzyści prawdziwości i teraz tego czas spróbować, a potem znów zrobić tabelkę zysków i strat. a potem długo odpoczywać.
odkryłam w sobie (na własną rękę) kolejne blizny, a jedna z nich, już nieźle zagojona, odpowiada za to, że desperacko rzucam się teraz na ratunek cudzych żyć. jestem jakby mentalnym odpowiednikiem społecznika, który ustawiałby barierki przy ruchliwej drodze, rozstawiał patrole ratowników nad jeziorem i wszystkie auta wyposażał w poduszki powietrzne. widzę z drugiej strony, że ma to swoje uzasadnienie, że ci wszyscy ludzie gdzieś w środku też drżą o te swoje ciepłe życia i z przyjemnością pozwalają czasem pogłaskać się po obolałym ciele. nie wiem jeszcze, czy robię to dla nich, czy dla siebie. tej odpowiedzi nie szukam, a musiałabym znać ją pierwsza. nie wiem jeszcze, co z tego wyniknie.
to powyżej jest chyba moim podsumowaniem roku. to, co wydarzyło się równe 4 (tylko cztery?) miesiące temu, będzie jeszcze długo mną chwiać, a jednocześnie wyjątkowo mocno trzymać mnie na ziemi.
do góry nogami stoi wszystko. gdy spotykam ludzi, którzy mnie uratowali, za każdym razem drżę z przejęcia ich ważnością. chciałabym dziękować, ale nic nie mówię, za to dbam o ich ciepłe życia. wiem, że ich siła może kiedyś znów być moją siłą.
nie używam większych niż zwykle słów, tylko mocniejsze niż zwykle przeżywam uczucia.
znów ludzie lądują na pierwszym miejscu. moje życie dzieje się za nami wszystkimi, w tle. dowiaduję się o nim zazwyczaj od innych, gdy po przepracowanym dniu czytam książkę, piję herbatę, cieszę się czasem.
i myślę - że tak, przekroczyłam ten próg bezczelności, trochę we łzach i histerycznie, ale szłam dalej do przodu, więc - czy bezczelnie? bezczelnie oznacza - na przekór. a jesli na przekór, to komu? komu mam codziennie udowadniać, że moje 'do przodu' ma swoją wartość? że wybroniwszy się histerycznie, mam do tego wszystkiego teraz prawo, w dalszym ciągu do beztroski, do używania, że myśląc-mówiąc-czując brak troski, jestem sama dla siebie swoim do tego prawem?
znam odpowiedzi, ale znam je w pewien sposób na pamięć. nie zrewidowałam tej pamięci, nie przebudowałam jej na własną rękę. to prawidłowe odpowiedzi, ale chciałabym się jeszcze kiedyś do nich dogrzebać od samego źródła, od samego środka, spod wszystkich warstw, od tego miejsca, gdzie leżę ja i nikomu się nie tłumaczę, nawet sobie, tylko jestem, ponieważ to tam jest cała ta energia, o której piszą i opowiadają ci, którzy już się przegrzebali. tam jestem ja, ze swoją energią, i chcę zdzierać po kolei każdą zaskorupiałą warstwę - kilka już mi się udało namierzyć - żeby tylko dostać się do tego, czasem już ją czuję, i nie ma w tym nic z ezoterycznego bełkotu ani głębokiego oświecenia. namierzyłam korzyści prawdziwości i teraz tego czas spróbować, a potem znów zrobić tabelkę zysków i strat. a potem długo odpoczywać.
odkryłam w sobie (na własną rękę) kolejne blizny, a jedna z nich, już nieźle zagojona, odpowiada za to, że desperacko rzucam się teraz na ratunek cudzych żyć. jestem jakby mentalnym odpowiednikiem społecznika, który ustawiałby barierki przy ruchliwej drodze, rozstawiał patrole ratowników nad jeziorem i wszystkie auta wyposażał w poduszki powietrzne. widzę z drugiej strony, że ma to swoje uzasadnienie, że ci wszyscy ludzie gdzieś w środku też drżą o te swoje ciepłe życia i z przyjemnością pozwalają czasem pogłaskać się po obolałym ciele. nie wiem jeszcze, czy robię to dla nich, czy dla siebie. tej odpowiedzi nie szukam, a musiałabym znać ją pierwsza. nie wiem jeszcze, co z tego wyniknie.
to powyżej jest chyba moim podsumowaniem roku. to, co wydarzyło się równe 4 (tylko cztery?) miesiące temu, będzie jeszcze długo mną chwiać, a jednocześnie wyjątkowo mocno trzymać mnie na ziemi.
do góry nogami stoi wszystko. gdy spotykam ludzi, którzy mnie uratowali, za każdym razem drżę z przejęcia ich ważnością. chciałabym dziękować, ale nic nie mówię, za to dbam o ich ciepłe życia. wiem, że ich siła może kiedyś znów być moją siłą.
nie używam większych niż zwykle słów, tylko mocniejsze niż zwykle przeżywam uczucia.
znów ludzie lądują na pierwszym miejscu. moje życie dzieje się za nami wszystkimi, w tle. dowiaduję się o nim zazwyczaj od innych, gdy po przepracowanym dniu czytam książkę, piję herbatę, cieszę się czasem.
0 Comments:
Prześlij komentarz
<< Home