sznurek z kalendarza
gdzies pomiedzy dyskusjami o roznicach w kalendarzach w polsce i rosji i w tym, ze weekend swiateczny i tak zawsze ma 7 dni, spogladam na te zdjecia, ktore pojawily sie tutaj z twojej inicjatywy, i pachna mi dobrze znana przyprawa... podobno na blogotheque mozna gdzies na zdjeciu znalezc siostre pau, ale sama nie wiem juz, czy to prawda, czy tylko to sobie wymyslilam. z tego zas co o owej siostrze wiem, zaswiadczyc moge, ze historia jest na tyle prawdopodobna, ze mozna ja juz traktowac z takim samym szacunkiem jak rzeczywistosc.
z kalendarzami jest tez zwiazany pewien fenomen, ktory obserwuje na swojej skorze juz od dwoch dni.
otoz, dzien jest jak sznurek [wszystko jest jak sznurek], a kazdy sznurek ma swoja konsystencje, swoja wage [wiesz, dlugosc, gestosc i masa, takie tam]. zalozmy, ze kazdy dzien ma wiec 2 metry i w tych 2 metrach mieszcza sie 24 kilogramy dnia. dzien taki jest miesisty, odpowiednio spleciony, zwawy i sprezysty. czasem jednak zdaza sie cos, bywa, ze sercowego, bywa, ze zwiazanego z wilgotnoscia powietrza albo z przelotem dzikich kaczek, zdarza sie w kazdym razie cos, ze pojawia sie dzien, ktory w swoich 2 metrach ma tylko 10 kilo wagi. dzien, jak rozpleciony naderwany sznurek, ktory tylko sie wyciaga i deformuje gdy go probowac naprezyc. jest wiec 10 kilo wagi na dzien, a wiec zeby uzyskac jeden prawidlowy, wypelniony emocjami, miescistosprezysty dzien potrzebujesz dwoch takich wyciagnietych dni i kawalka.
wiec, jesli przyjac to rozbudowane zalozenie, jestem po dwoch dniach o wadze lacznej 20kilo i jeszcze napewno jutro rano wszystko bedzie sie rozsuplywac zamiast porzadnie plesc.
a przyczyna tego, pewnie jak zawsze, przywedrowala do mnie po sznurku, jakies drgniecie, cos upadlo moze po drugiej stronie i wytracilo mnie tez z rownowagi. albo to te dzikie kaczki, kto wie.
z kalendarzami jest tez zwiazany pewien fenomen, ktory obserwuje na swojej skorze juz od dwoch dni.
otoz, dzien jest jak sznurek [wszystko jest jak sznurek], a kazdy sznurek ma swoja konsystencje, swoja wage [wiesz, dlugosc, gestosc i masa, takie tam]. zalozmy, ze kazdy dzien ma wiec 2 metry i w tych 2 metrach mieszcza sie 24 kilogramy dnia. dzien taki jest miesisty, odpowiednio spleciony, zwawy i sprezysty. czasem jednak zdaza sie cos, bywa, ze sercowego, bywa, ze zwiazanego z wilgotnoscia powietrza albo z przelotem dzikich kaczek, zdarza sie w kazdym razie cos, ze pojawia sie dzien, ktory w swoich 2 metrach ma tylko 10 kilo wagi. dzien, jak rozpleciony naderwany sznurek, ktory tylko sie wyciaga i deformuje gdy go probowac naprezyc. jest wiec 10 kilo wagi na dzien, a wiec zeby uzyskac jeden prawidlowy, wypelniony emocjami, miescistosprezysty dzien potrzebujesz dwoch takich wyciagnietych dni i kawalka.
wiec, jesli przyjac to rozbudowane zalozenie, jestem po dwoch dniach o wadze lacznej 20kilo i jeszcze napewno jutro rano wszystko bedzie sie rozsuplywac zamiast porzadnie plesc.
a przyczyna tego, pewnie jak zawsze, przywedrowala do mnie po sznurku, jakies drgniecie, cos upadlo moze po drugiej stronie i wytracilo mnie tez z rownowagi. albo to te dzikie kaczki, kto wie.







