ten kochany temat
to bedzie dlugi cytat. ale uznalam, ze to, ze pojawi sie tutaj, bedzie dobrym komentarzem w chronologii czasu do tego, co akurat sie dzieje. w koncu to tu wszystko zapisane jest najbardziej tresciwie.
Kiedyś pojechałem do Kilonii. Samolot do Hamburga, potem pociąg. Z dworca wziąłem taksówkę, miałem adres i w ogóle. Taryfiarz był czarny i uśmiechnięty. Wspólnie narzekaliśmy na niemiecką muzykę. "German musik is shit" - tak sobie rozmawialiśmy. Puszczał mi porządne kawałki z Senegalu. Impreza miała się odbyć w jakimś budynku stojącym na skraju parku. Ale drzwi były zamknięte, a na nich jakiś napis. Poszedłem do knajpy obok, zjadłem wiener sznycel i potem w tym parku podłożyłem sobie plecak pod głowę, i zasnąłem wśród zieleni. Zbudził mnie młody Niemiec. Na początku myślałem, że to policja, więc próbowałem wymknąć się rzeczywistości i nie reagowałem. Dopiero po długiej chwili dotarło do mnie, że ten chłopiec z uporem powtarza moje nazwisko. Okazało się, że cała impra przeniesiona jest o dziesiątki kilometrów dalej, a ten niemiecki anioł stróż ma mnie tam zawieźć. Pojechaliśmy. To był jakiś pałac w ogromnym parku. Jakiś barok w wielkim ogrodzie. Z tym swoim plecaczkiem wylądowałem w gigantycznym apartamencie. Wstawałem w frymuśnego łoża, szedłem w prawo i znajdowałem wielką łazienkę. Potem znowu wstałem, szedłem w lewo i znowu znajdowałem łazienkę. W jednej był prysznic, w drugiej wanna. Czułem dotknięcie absurdu, myśląc o tym moim plecaczku z dwiema koszulinami, trzema parami skarpetek, zapasem fajek z Polski i jimem beamem z lotniska. I dwudziestometrowym dystanie dzielącym moje dwie łazienki z pozłacanymi kranami. Ale potem, wieczorem, w tym barokowym parku spotkałem Jachyma Topola i poczucie absurdu nie było już tak dotkliwe.
Kiedyś pojechałem do Kilonii. Samolot do Hamburga, potem pociąg. Z dworca wziąłem taksówkę, miałem adres i w ogóle. Taryfiarz był czarny i uśmiechnięty. Wspólnie narzekaliśmy na niemiecką muzykę. "German musik is shit" - tak sobie rozmawialiśmy. Puszczał mi porządne kawałki z Senegalu. Impreza miała się odbyć w jakimś budynku stojącym na skraju parku. Ale drzwi były zamknięte, a na nich jakiś napis. Poszedłem do knajpy obok, zjadłem wiener sznycel i potem w tym parku podłożyłem sobie plecak pod głowę, i zasnąłem wśród zieleni. Zbudził mnie młody Niemiec. Na początku myślałem, że to policja, więc próbowałem wymknąć się rzeczywistości i nie reagowałem. Dopiero po długiej chwili dotarło do mnie, że ten chłopiec z uporem powtarza moje nazwisko. Okazało się, że cała impra przeniesiona jest o dziesiątki kilometrów dalej, a ten niemiecki anioł stróż ma mnie tam zawieźć. Pojechaliśmy. To był jakiś pałac w ogromnym parku. Jakiś barok w wielkim ogrodzie. Z tym swoim plecaczkiem wylądowałem w gigantycznym apartamencie. Wstawałem w frymuśnego łoża, szedłem w prawo i znajdowałem wielką łazienkę. Potem znowu wstałem, szedłem w lewo i znowu znajdowałem łazienkę. W jednej był prysznic, w drugiej wanna. Czułem dotknięcie absurdu, myśląc o tym moim plecaczku z dwiema koszulinami, trzema parami skarpetek, zapasem fajek z Polski i jimem beamem z lotniska. I dwudziestometrowym dystanie dzielącym moje dwie łazienki z pozłacanymi kranami. Ale potem, wieczorem, w tym barokowym parku spotkałem Jachyma Topola i poczucie absurdu nie było już tak dotkliwe.
0 Comments:
Prześlij komentarz
<< Home