>

Powered by Blogger

29.9.06

sliwki na sosnie i gruszki na wiesz-bie

jesli, mahdo, istnieje ostatni moment, bo moze wcale nie istnieje, moze czas to przedzial otwarty i po naszym czasie jest tylko zlosliwie niezamalowane koleczko, zalozmy, jesli istnieje ten jeden jedyny wyjatkowy i ostatni, to zbliza sie do mnie niebezpiecznie.
ktos kiedys - strata czasu jest podobnie do smierci nieodwracalna. rodze sie i umieram w panice w kazdej z ostatnich sekund. zapatruje sie na tego pana, ktory stanowi moje zlosliwe lustrane odbicie i nawet, wiesz, oczy ma w moim kolorze. zasiany gdzies miedzy taktami i kreskami.

zapisalam sie z koniecznosci na wf na niedziele godzi14. nie godzi sie.

karmiczne rodzenstwo - cudowna proliferacja. czyzby to ta polityka prorodzinna? dzisiaj beger zlozyla oficjalne doniesienie do prokuratury. mnie wciaz dziwi ciagle istnienie prokuratury w tym kraju, w ktorym im dalej w las tym wiecej drzew. sosen.
wiesz.

18.9.06


to nie byle co, bejbe, moimi zdjeciami lansuja sie na gronie i na last.fm, cieszyc sie czy zaplakac ze zgryzoty?

dzis na obiad tylko ryz z dwoma pomidorami, osobno ok, razem sa nieslone.
ot, takie tam, napisalam troche u siebie, ale to do Twojej wiadomosci bardzo:


determinacja jednak zostaje, od Agata [ta to jednak potrafi :)] dostalam biografie Julia, starego druha, ktory blizszy mi nawet niz zwykle, gdy czytam jego slowa w kontekscie jego zycia. Julio, ktory mawial 'ktoregos dnia wyjadę i tyle' lub wysnul wniosek, ze 'jest inny i ze nie ma dla niego miejsca w swiecie osob, uwazajacych sie za stateczne i w pelni uksztaltowane'. i co najwazniejsze: 'nie chce studiowac, chociaz nadal bede to robic; chce po prostu, naprawdę być.'

tra lala
julio stary druhu!


a na deser, specjalnie dla Ciebie a dla mnie po pomidorach i ryzu:

"Taki jest ów Cortazar: (...) snujący szalone plany, żeby na przykład jako pasażer na gapę zakraść się na statek handlowy i popłynąć do Meksyku (to magiczne zdanie: latem przyszłego roku)"
mysle, ze swiat jest chetny i sam pcha sie w ramiona, a przynajmniej zachęca.

w sumie to na dłuższą metę tego ryżu z pomidorami nie da się zjeść.
przyznaję się, dosypałam imbiru.







----
nie ma sensu pisac nic nowego, i tak wszystko przeczytasz hurtowo

1. ksiazka o cortazarze pochlania mnie, je mnie, zasysa mnie. mysle ze jestesmy jak on, bardziej lub mniej jednak zawsze, predzej czy pozniej bedzie...

czas wiec zdefiniowac stan, ktory przyszedl i zastapil dawne czasy:

"Patafizyka to nauka o urojonych rozwiązaniach, określana również jako studium praw rządzących wyjątkami, inaczej mówiąc, regułami gry, która nie ma reguł."

wazny cytat dluzszy, ktory zagoscil w nas i u nas juz jakis czas temu;

"Kiedy Francisco - dla wszystkich Paco - Porrua natknał się na Julia Cortazara w kawiarni Richmond albo może Paulista w Buenos Aires, ich spotkanie było tak banalne i bez znaczenia, jak to zwykle - i z definicji - bywają pierwsze spotkania (...). Wówczas, na początku 1962 roku, żaden z nich nie zdawał sobie sprawy ani nawet się nie domyślał, iż fakt przecięcia się ich dróg krył w sobie jedno przesłanie: że kazdy z nich znalazł się w odpowiedniej w odpowiednim miejscu.
Być może stało się tak dlatego, że już od kilku lat prowadzili korspondencję, która była niezwykle obfita; albo dlatego że rosnąca w postępie geometrycznym liczba łączących ich zbiegów okoliczności wydawała im się nie wyjątkowa, lecz całkiem logiczna (w tym sensie, że przypadki te również - lub może przede wszystkim - stanowią część rzeczywistości, a nauka zwana patafizyką ujęła je nawet w regułę wyjątków"); albo też dlatego że - jak wkrótce potem miał napisać do Paco Cortazar o kimś trzecim, o kim obaj mieli takie samo zdanie - "Che, to jest tak, że my dwaj jesteśmy bliźniakami, którzy o sobie nic nie wiedzą".


Ach, byla w nim [j.c] taka chęć człowieka, chęc na ludzi. wiezi tworzyl i mowil o nich, wiec powiem Ci i ja slowami julia juliana julka: "Che, to jest tak, że my dwaj jesteśmy bliźniakami, którzy nic o sobie nie wiedzą".

2. och jej jak mi sie nie podoba teraz Twoje wyjezdzanie, boje sie jakbym to ja wyjezdzala, Lodz bez Magi jest jakby nieLodzia, czyli innym miastem, do ktorego trzeba bedzie jednego dnia wyjechac... wyjade wiec do Niełodzi, budując ją od podstaw.

3. lansowalam sie dzis grzecznie w greenwayu na sniadanku i nagle slysze obok siebie 'would you like to join me?' a tu obok pan Murzyn je sobie sniadanie. wiec I joined him. i jedzac swoje kanapeczki z zoltym serkiem slyszalam caly czas 'you are so beautiful... you've got so beautiful eyes, so beautiful body...'.
na koniec kazal mi dac do siebie numer i powiedzial: "we have to meet this weekend in Łódź Kaliska, we have to spend all night together, it will be wonderful night!" bardzo jednoznacznie wiec ucieklam. a przystojny byl, szczerze mowiac, tak po murzynsku przystojny.
tra lala dzieje sie.


szłam sobie dzis tez piotrkowską szłam
az nagle obok mnie
Poniedzielski z Adamiak.
aż stanełam w miejscu i nie wiedzialam czy to bylo naprawde, albo czy ja naprawde szłam Piotrkowską, albo czy to ja, bo tego że to był Poniedzielski z Adamiak bylam pewna.


takie to rzeczy sie dzieją i chyba jedyny sposob zebym jakos dawala sobie w takich sytuacjach rade to mowienie sobie 'tu obok siedzi maga i smieje sie, tregua katala espera kronopio kronopio',

12.9.06

słówko od mojej literatury



"Numerowane zdania z życia rodziny Esterhazych.

1. Diablo trudno jest kłamać, jeśli człowiek nie zna prawdy."


"W wielkim mieście nasuwa się również pytanie o to, kto i gdzie, i dlaczego właśnie tam się znajduje w łańcuchu pokarmowym. W jednym z ostatnich numerów "Palomy" wielu nastolatków wyznało, że na imprezach, przy różnych okazjach towarzystkich jedli już ludzkie mięso, ewentualnie inne ssaki."
Lajos Parti Nagy

11.9.06

emigrancki Dragoslav Dedovic

po setce kilometrow
zapalają się oczy bo tylko
zez pozwala by rzeczywiscie zobaczył
kiedy w nieskończonosci całuja się szyny
spij
gruczoły wydzielaja pot bo
skora pamieta co bys chcial zapomniec

moze miasto ku ktoremu pedzisz
wyparowalo w sloncu udlawilo sie w deszczu
a miejsce ktore zostawisz jest w istocie
miejscem ktorego nie umiesz opuscic

spij zatem
na koncu kazdych torow
na kotwicy czeka
łódź

7.9.06

a ktoz to jest ten wybitny artysta, ojciec matyldy, exmalzonek pani malgorzaty p.?

You're saying everything comes back.
maga wraca, jako "jedna z drog", obok lenistwa i myslenia o niebieskich migdalach. prawie juz umordowana, powieszona w sieni, zniszczona kapota, wymieniona na plastikowy dowod:)
minutki, nie chca jednak wrocic - zawrocic, uciekaja zbyt szybko.
z ciekawostek - wlamalam sie wczoraj do instytutu sadownictwa w prusach, tylko po to, by sobie obejrzec ganek tamtejszego dworku. sila wyzsza.

5.9.06

no; i ain't got nothing to be scared of

nie tylko ja wracam, wszystko zawsze wraca (psst, the good old days are coming back, these are the good old days). opowiem Ci.

bardzo podobal mi sie mtm zielony srodkowy, mialam w dzienniku/wspominniaku ktoregos dnia zapisane tak: " szukanie bylo moim znakiem, rzekl oliveira, a co jest moim ? ". wtedy nie bylo, ale sie stalo, ale przyszlo, szukanie i znajdywanie, bo nie takie bezproduktywne wcale. szukanie szukanie i znajduje ukladaneczke siebie i kazdy kawalek cieszy mnie bardzo bardzo. <-wykrzyknik w tym miejscu bylby egzaltowany, a przeciez to najgorsze slowo.

tymczasem ja kupilam ow success [buy the success, buy it, no need for hard work, paskudna sprawa] i przypomnialam sobie te smakowite obrazy wygnancow (mniam pictures of exils). teraz tym bardziej czuje ze romek tam pogrywa niczym wloczykij, a ja coraz bardziej jestem mimbla/naima (naima, imie arabskie, magda, imie wegierskie, choc oni tam maja jeszcze magdolne. ale magdolna jest cienka), mimbla, gdy czesze swoje wlosy, czuje ta wiez z wloczykijem i tym podobne, naima, gdy znow policzki mi mokna na rodzine slowa 'egoizm'.
ale pomaga to calkiem, gdy siedze w paiu pusciutkim i cichutkim, gdy nie ma tam ani mojej mam ani lukasza, a ja siedze cichutenko patrzac sie we wlasne paznokcie i mam poczucie ze to normalne konwencjonalne zasmucenie kazdego zielonego wilgotnego, gdy zjawia sie w gronie, w ktorym nie bardzo chcialby byc ale musi... uf. wtedy mysle sobie ze coraz bardziej jestem mimbla/naima i podnosze glowe.

tymczasem ucze sie dalej, dzis dzien adresow ip, tyk tyk tyk tyk, minutki przechodza tup tup obok, ale szczesliwe to minutki; ida dalej wesolutkie, bo nauczyly sie czegos fajnego w ostanie szescdzesiat sekund.

ps. dwa ostatnie obrazy budy, 24 godziny przed tornado. wielkie lustra [metr na metr] i video na przystankach uwazam za cos pieknego. i wdzieczna jestem nikodemowi za niebieski, zolty i zielony.