l'amoureux
"i sylwia pomyslala sobie, ze warto miec parasol, zeby sie zakochac..." cytat w sam raz na teraz, w sam raz na dzis, na dzikie harce miedzy woda a piana, kiedy juz schodzi mu skora i widok jest niespecjalny [pewnie zlosliwoscia juz by bylo zastanawiac sie w tym miejscu czy ze skora bylby specjalnie lepszy]. piszesz mi ze mam w sobie duzo spokoju, och, nie wiecej niz PanMorderca. wiem, ze dzis z upodobaniem topie sie w ciezkostrawnych dla ogolu kontekstach, ze materialuje na mtma, bo ten serwer tutaj wciaz niesie zagrozenia, co gorsza rozprawiam o kwestiach godnosci i sprawnosci mojej komorki i jeszcze z upodobaniem zestawiam ze soba historie M. M. i Ł. i nawet zadnego padlego socjologa... wpadlam tylko powiedziec o parasolu i o tym, ze dzisiaj bylo bardzo tak jak juz dawno nie. za co dziekuje. "trudne pytanie, o tej porze?!".;)
rozpociaglosc pod specjalistycznym monitoringiem
czytalam dzisiaj do sniadania wlasnie, jak to szanowny jiri, ktorego przeciez mialam okazje z bliska obserwowac i zrobil na mnie wrazenie niezwykle eleganckiego dzentelmena, wychlostal rozga swego producenta. zapewne obecnosc juz w pierwszym zdaniu slow: jiri, sniadania i rozga zobowiazuje mnie teraz do westchnienia: ach mag. bo w ogole, wiesz, to byl artykul o hrabalu. rzecz jasna. dyterminacja i włojaż mam nadzieje, ze sie jutro ze mna podzielisz, bo wiesz, bo to co zawsze [tylko chyba bardziej]: nic tak nie leczy jak ziola. i petle sie wewnetrznie, zmieniam sie w klebek wloczki bukle, moje zylki, na ktorych jak powszechnie wiadomo trzymaja sie konczyny, plocza sie i ulegaja skroceniu. skroceniu ulegl tez dzien, co z kolei przekonuje mnie ze i czas. mamy wiec jesien a ty wrocilas, mowisz ze zawsze wracasz, oby tak rzeczywiscie bylo. zeby wszystko wrocilo [och mag] to i ja bede zawsze tutaj chetnie wracac a najbardziej obawiam sie tego ze nie bedzie do czego/kogo. poniekad i z podobnej przyczyny daje kredyt dzabersmokowi [beware of jabberwocky!], ktory z calkiem niezlym refleksem wbil sie w rzeczywistosc, stal sie reforma technologiczna mtmow [ktora z reszta jakby blizsza sie stala zalozeniom mtma] zanim jeszcze objawila sie reformowania koniecznosc. i cant see no plot in here, wiec pora uciekac od tego kapiacego patosu i egzaltacji, odnalazlam dzis emteema pisanego po upadku oliviery. och, alez to bylo dawno...
zawsze wracam
'Jiri Menzel zakończył właśnie zdjęcia do ekranizacji słynnej powieści Bohumila Hrabala Obsługiwałem angielskiego króla', czyli spodziewaj sie mnie droga w progu swoim vorsovienskim zimnego grudniowego wieczora/poranka/polnocy/pory drugiego sniadania/wybieram sie do magi na podwieczorek. to byl punkt pierwszy, punkt drugi odnosnie - nie znikaj mago, nie kasuj! jesli juz to teraz. niech nasze listy zostana naszemi listemi opublikowanemi kiedys jak nam sie zachce he he :] a ja wypelnionam wielka Dyterminacja, z poczuciem ze nie wolno mi akceptowac, ze Musze sie sprzeciwic, sama wiesz chyba czemu, temu co narasta w nas od wielu miesiecy, a w czym ja [moze i my, ale ja bardziej, bo tylko Ciebie] nie mam sprzymierzencow, raczej wrogow kierujacych sie ku temu, co to wiesz - ku temu, co to spokojne latwe i niewymagajace, a ja mam poczucie, ze mam Obowiązek zawymagać, placze sie w slowach, ale jestem pewna ze mię niewerbalnie rozumiesz, bo to zawsze siedzi gdzies obok i nuci pod nosem. moja voyage [enyémek utazásek] sklepała mnie brzozową witką po nerach i zabroniła tej akceptacji, przede wszystkim zabroniła wygodnictwa, przede wszystkim zażądala wyzwan i prosb i blagan, rozumiesz? rozumiijesz, tylko sie ze mna teraz nie rozmiijaj, bo mi sie zoladek wywraca jak mysle o tym, ze zapałętasz sie w wielkiej szerokiej varsooo, bo na mnie samej to t u juz kompletnie nic nie czeka, procz kilku gumowych zwierzat i 'dla swietego spokoju...'. brak przyzwolenia nie jest fatalistyczny, tu przyznaje Ci racje w pelnej rozpodciaglosci, jest optymizmem w blasku reflektorow i z fanfarami w tle dokumentujacym rozwoj chec i pragnienie. ps. radiohead wielkie zrobilo na mnie wrazenie, wielkie wielkie, porownywalne tylko z manu tylko bardziej, chcialabym pamietac o tym dlugo i byc tak jeszcze wiele razy.
ciebie nie ma a mnie...
... a mnie TO wciaga, wsysa mnie, moze nawet mnie calkiem zalalo i plywam w tej glebinie kartek, olowkow, farb... zdaza mi sie rysowac na ulicach i powiem ci z odleglosci, ze jest fantastycznie, ze poznaje sie mase ludzi i ze mam nadzieje ze w budzie naszej ulubionej na twoje wysilki fotograficzne ludzi reaguja podobnie. poza tym godzinami znajduje ich wszystkich, jak to sie mowi, w sieci, na przemian czuje sie fajna i wpadam w panike nad swoim lenistwem. od twojego wyjazdu powstalo prac: 2, slownie dwie. za malo. we wtorek mam prezentowac teczke, hahaha! wsysa mnie, zalewa, odczuwam pokuse skasowania bloga mego prywatnego i usuniecia sie stad aby zalozyc cos o kryzysach artystycznych... czemu od razu kasowac? podobno statystycznie kazdy bloger w polsce ma 3 blogi. paranoja. my mamy juz... och mahdo! dogonilas statystyke! a ja pisze tutaj w ramach przeciwwagi, zeby niczego pochopnie nie kasowac, tylko dlatego, ze moje dni na tej okropnej uczelni na ktora przypadkiem sie dostalam, sa policzone. och och. have a nice time. ide studiowac platana. takie drzewo.
z okiem [okien] tramwaju
Patrzac na kobiece sangaly zaczynam odczuwac czas [gramatyka, skladnia, stylistyka - fika fika, a ja odczuwam czas wlasnie, nie zas uplyw czasu]. ma to miejsce dzisiaj wlasnie w tramwaju po wielkim kukumachen, wiec dochodze niechybnie do wniosku [a moze dochodze do niechybnego wniosku], ze to nic innego jak Twoja obecnosc oswaja czas. dzis jak zawsze patrzylysmy na zegarek, mamy czas/czekanie/plany pod paznokciami, pod skora i za uszami. a jednak nawet pietnascie minut przed [smiercia zylem jeszcze, francuski general] juz wykorzystujemy sekundy profesjonalnie i sprawnie, wypelniamy je jak kwestionariusze, albo na przyklad jak puste kubeczki do ktorych rozlewamy gesty jogurt, a czasem i lekka, zielona mate. Republika Czekania doczekala [dopelnila] sie , zolnierze dumnie w czasie defilady wybijaja sekundy. obcasami. czas jest slony i pusty. patrze na damskie sandaly, maja przeciez takie smieszne obcasy, oddaje im swoje 8 minut, osiem pustych kubkow, na zmarnowanie. nie oddaja sie same, lecz ja je oddaje. potem znow wygladam przez okno, podpatrujac katem oka kuku, potem wracam do domu i slysze, ze nie zauwazam ciotki w tramwaju. ciociu niekochana, nikt nie bedzie pil z mojego kubeczka. wiesz, bardzo podeptalam sobie spodnice, ale i tak radosnie puszczam do ciebie oko [okno] - kontekstowe spojrzenie numer 34. 34 puste kubki, toz to przeciez juz.
|