>

Powered by Blogger

29.7.06

from a great great city

[krotko, zaraz seans]

delektuje sie tu rzeczywistoscia, ktora okazuje sie byc ciaglym zdarzeniem nieprzerwanych przypadkow, usmiechow i wielkich wygranych, chyba odnajduje to, co to wiesz, co to wiesz - jest warte.

[w biurze festiwalowym graja swietna muzyke, cocorosie, damien rice, bloc party, tak sobie gra i pewnie nie tylko ja sie z tego powodu usmiecham]

delektuje sie tu rzeczywistoscia, o ktorej dopiero co kupiony julio uparcie rozwaza. julio kupiony z okazji telecommunication and computer science.
dzieje sie ach dzieje wiele prostych rzeczy i za tym tesknilam, za rozmawianiem przy drinku ananasowym o blyszczykach i sukienkach od chanel, gdy wszystkie rozmowczynie usmiechaja sie pod nosem wiedzac dobrze, ze gadaja bzdury, ale wiedzac tez, ze to nie czas i nie pora by bzdur nie gadac.
a wiec promiennie sie usmiecham, choc od wielu dni spalam malo jak rownie prawie nic nie jem i jestem pewna ze od tego niejedzenia po prostu utyje =)

moze i nie jestem juz ani zielona ani wilgotna, ale na pewno lekko zroszona i chociaz odrobine turkusowa.
scisk z goracego miejsca

25.7.06

prawdziwy blues [to be continued] *maga

z motywow porzuconych wyciagam jeden z moich najmniej ulubionych. jak to jest, mahdo, z tym determinizmem?
przy okazji, jak sie sprawy maja z przeszloscia, tym istnym praczetowskim bagazem? skrzyzowaniem walizki z maniakalnym morderca. to zdanie z reszta nalezy tez do soczystej przeszlosci mojej, tej z gatunku: pani agnieszko, pan policjant, pan o-zgrozo-dziewczyno. the past to pass.
nie przestaje mnie to zastanawiac, zwlaszcza w momentach, gdy po raz kolejny dostaje maczuga po glowie za podskakiwanie ponad bezpieczna, historycznie mojej rodzinie wyznaczona, wysokosc.
a na dodatek, prawdziwy bebopowy blues wlasnie sie zaczyna, znika ed, wolany przez swoja przeszlosc, przez swoje, domniemane, miejsce na ziemii, spike takze probuje zawracac rzeke kijem, fay usiedziec na miejscu nie moze... i co? ze niby to miejsce, w ktorym sie bylo dwa lata temu, jest bardziej moje niz to, na ktorym stoje dzis?
pozostawiam same pytania. chociaz... wysluchalam dzis po raz trzeci koncertu piosenek osieckiej w wykonaniu raz dwa trzy, w ktorym pojawia sie tez piosenka o dziewczynie, ktorej mysli byly "jak puste zeszyty", i gdyby to wyrwac z kontekstu, to ja z checia zreflektuje na takowe. [wracaj juz! maho zagubiona w kinie helios dziewieciosalowym, or etwas]

23.7.06

total front confrontation

podsumowania, tak, wciaz tkwie w podsumowaniach, ale nareszcie nalezycie siegajacych w przeszlosc, taka prawdziwa przeszlosc, jaka zachowuje sie jedynie w listach.
duzo tego jest, jednak bardzo duzo sie dzialo na korzysc niedospania i notorycznego braku czasu, chociaz najciekawiej to chyba zima. ostatnia zima byla dobra i mrozna, mialas racje, byloby widac z trojmiasta hel. a moze nie, nie wiem z reszta, wciaz chowam sie za slowami, zamiast ich uzywac, przekrecac je i wyrzynac, zmuszajac do katorzniczej pracy lub potulnego prezenia brzuszkow. chowam sie za nimi, a najbardziej za tymi, ktore nie istnieja.
znalazlam niewyslane listy z zimy, zapomnialam juz jak to bylo...

15.7.06

starálfur

Kolejny etap sie skonczyl, tak, podsumowac, tak.

"wystarczy, jak zwykle, wyciagnac reke", wcale niekoniecznie w gore, wcale niekoniecznie. do boku moze okazac sie znacznie efektywniej, tak jak to jest z tymi automatami losujacymi maskotki w kazdym polskim kurorcie [procz lodzi]. mago, mago droga, deszcz pada z gory na dol, a my idziemy w bok, ja nawet bez parasola, ktorego nie kupilam w koncu, bo byly brzydkie czarne, nie chcialam miec brzydkiego czarnego anymore. dzis za to pogoda z serii 'rozejrzyj sie, naprawde jest pieknie, malo cos nam nie peknie i wypogadza sie', powietrze przejrzyste ze na pewno w gdyni byloby widac hel, a w tychach widac gory, a u mnie widac przyszlosc. wszystko toczy sie wokol muzyki, to dla nas gra boubacar traore, bo przeciez nie dla zuzy z malej litery.
mysle, ze na koniec tego etapu jestem w stanie osiagac stawiane cele, co zobaczylam bardzo wyraznie, kiedy przeczytalam list, ktory pisalam 55 stopni celsjusza wczesniej. widzisz, w mrozie wszystko wygladalo tak przejrzyscie, ze ponownie udalo mi sie to zobaczyc dopiero dzisiaj, kiedy upal lekko zanikl, a ja przetworzylam wszystko, co we mnie wsiaklo.
chcialabym Ci powiedziec, ze swiat nie pcha sie sam w ramiona, ale latwo sie do niego przytulic.

szkoda troche pleneru, ale do zobaczenia tam innym razem.
...zobaczyc jak ludzie zyja, oni zyja wszedzie, ale na glownym dziedzincu glownego naszego przybytku emocje sa wszystkie ze wszystkiego zmieszane, ugniecione w kulke, wlozone do zamrazarki na 50 minut a potem rozwalkowane i rozkruszone po wszystkich. poza tym maja tam kolorowe lawki na ktorych fajnie wychodzi robienie roznych glebi ostrosci.

przypomniala mi sie emocja z open'era, kiedy sigur ros gralo olsen olsen. pamietasz jak to bylo? nie bede cytowac, ale to juz sie w tym zyciu pojawilo.

14.7.06

zasada kłącza

rhizome.org działa podobno na takowej.
nasze miasto to male miasto, coraz czesciej [konkretnie: juz bardzo czesto] znajome glowy witaja mnie z gazet, telewizora i wszechpoteznej sieci. przez te lata naroslo tutaj sporo kontektow, naszej swoitej nowomowy, sieci artbiozaleznosci.
misto poznane i oswojone, tramwaje, w ktorych mozna odpoczac, stukaja rytmicznie i przewidywalnie o szyny, ludzie zmierzaja wiesz-pewnie-gdzie. a dzisiaj pada deszcz. w ten sam sposob jak zawsze, pada, z gory na dol, rynna rynienka wanienka na cementowy bruk.
zastanawiam sie, ile czasu zajmie mi oswojenie tego mmm [miasto-moloch-maszyna], ktore zaprosilo mnie na dluzej do siebie ostatnio. i czy, jesli bym zdazyla je poznac przed kolejna ucieczka, czy to kiedykolwiek bedzie to samo?
malym dzieciom przychodzi to jakos lzej.
panno mahdo, wciaz mnie dziwi, co bedzie panna robila w naszym lokalnym przybytku komercji i rozpusty... ze foto? vielleicht etwas mehr? zobaczyc jak ludzie zyja... tutaj sobie zyja, na moim blokowisku, przekornie wypelzaja na deszcz, dawno nie bylo nas tyle.
[w glowie tylko wypaczone konteksty, znam cie, znam cie]

10.7.06

stopy spuchly mi, ramiona mam czerwone

a jestem '30 cm ponad chodnikami', co bierze sie z doswiadczenia emocji tlumu dzielacego sie swoja energia wykladniczo.
to byly dobre dni w hdyni, dni upalne niczym w Kongo, parujace i roztapiajace sie w sennosci, a jak mowily dwie norwezki: it's not much hotter than in norway, it's really the same. dni ktore mialy byc pelne szalenstwa, ale wszystko sie przesunelo. spalismy pod blokami nr 6 i 8.
na lotnisku zasmazylam sie na bulke grahamke.

nie bylo szczegolnych emocji procz tych typowych plynacych z muzyki, ktore byly bardzo typowo nadzwyczajne. spowszednialy mi juz, ale wciaz sa bardzo nasilone. uklon dla scissor sisters, ktorzy potrafili mnie zmusic do tanca o 2:24 w nocy. pozdrowienia dla pana ochroniarza, ktory o 3:13 mowil mi 'dobry wieczor', a ja mu mowilam 'dzien dobry' i pokazywalam wchodzace z drugiej strony slonce.
i jeszcze dla Wloczykija i Apostola, w ktorych zakochalam sie a oni w nas.
siadalam sobie o polnocy na rozgrzanym betonie na srodku miasteczka, dookola mnie biegali gdzies ludzie, popijalam nestea albo wode mineralna i wznosilam toasty z fanami Pharrella Williamsa. Pharrell Williams spiewal 'i wanna fuck tonight, i have some pussy', na co polowa z bedacych tam 35 tys. osob wybuchala smiechem, jedna czwarta patrzyla sie z niesmakiem a jedna czwarta [fani] wpadala w ekstaze.
wszystko bylo naprawde, naprawde faijinie.
nauczyli mnie kochac bezgranicznie.

ponoc co piaty maturzysta nie zdal egzaminu.
panika.

1.7.06

wczorajszy dzień spędziłam z Robertem Doisneau

i Mikołajem, dzięki któremu wydarzało się wszystko, łącznie z wołaniem na rogu ulic Piotrkowskiej i Tymienieckiego - 'Ach, to w miłość, w miłość trzeba wierzyć!'. Wołanie to i wiele innych niczym zimny prysznic, niczym zimna kąpiel i czytanie Książki, która - pamiętaj - nie ma tylko początku i środka, ma też koniec, koniec szczególny. A jeśli nie szczególny, to może był to po prostu błąd. Ale zawsze mozna analisować.

Nagle wszystko zasypia w stagnacji i równie nagle (zimny prysznic) się budzi, nawet 120% różnicy, bo czasu zaczyna brakować, gdy oprócz zajęć znalezionych i wyszukanych pojawiają się całodzienne zajęcia narzucone, wymagające wysiłku umysłowego (ach! wysiłku, osiłku miły mój!). Przewijają się ostatnio u mnie dni stuprocentowofoto i przekonanie, ze świat Jest Chętny i Sam Pcha Ci Się w Ramiona. To jedno z tych przekonań, które muszą przyjsc same, ktorych nie da się przyjąc na słowo w przekonaniu bez przekonania.

Robert Doisneau pracował w Vogue, co było zaprzeczeniem wszystkiego co kochał i uosobieniem tego, czego nienawidził [nie lubił chłopak glamour i co tu teraz myśleć?], nocami za to wymykał się z przyjacielem na Montmartre i po wielu latach stagnacji i smutku zaczął żyć życiem włóczęgi, co uszczęśliwiło go i przypomniało Sens. Tak to z nim było, z tym czułym obserwatorem miłości i tęsknoty.

A mi się ostatnio każdej nocy śni, że nie zdałam matury z polskiego.